mit Umsteigen, czyli z przesiadką 28/01/2012
Add Comment Już go tu kilkakrotnie widziałam. Zbliżyłam się do drzwi pomiędzy długim balkonem, a klatką schodową. Stał za nimi starszy pan. Przyspieszyłam kroku, ale udał się niezwłocznie schodami w dół i tyle go widziałam. Innego dnia zobaczyłam kątem oka, że starszy pan znów tam stoi i zdaje się podziwiać widok nieba. Nieśmiało, z pytającą miną, wsunęłam mu się na pierwszy plan. Machnął ręką i zbiegł ze schodów. Męczyła mnie ciekawość: za tymi drzwiami, jest tylko balkon, dach budynku i nasze mieszkanie - ale być może coś jeszcze? Dzisiaj zakradłam się pod drzwi, gdy tylko wyczułam za nimi ruch i udało mi się wreszcie sprawę wyjaśnić. Pan odmówił wstąpienia, wytłumaczył, że on tu biega, ale tylko po schodach. Rzeczywiście miał na sobie sportowy strój. Do tego jedenaście pięter w dół i niezłą werwę. Prędko uciekł, pewnie miał też normy czasowe. Wtedy wpadło mi na myśl, że tu roi się od sąsiadów. Jeśli akurat nie biegają po schodach, ani nie jeżdżą windą, mogę ich o coś zapytać. Sprężyście pognałam za starszym panem. Dostałam się na podobny długi balkon jaki znam z góry, tylko bardzo czysty i przytulny. Mieszkaniec pierwszego lokalu, do którego zapukałam, z zainteresowaniem zachrobotał zamkiem. Nim zdążyłam cokolwiek rzec, niemiecka gospodyni spytała: - Pani jest z góry? Na domofonie jest taka ładna nazwa, czym się zajmujecie? (Sztuką i dźwiękiem – przygotowałam się do odpowiedzi, lecz nie zdążyłam, ponieważ...) Z mieszkania obok wyszła energiczna postać w trwałej ondulacji i zapytała: - Kim jest ten bardzo poważny młody człowiek? (Kompozytorem poważnej muzyki, lepiej go omijać - prawie powiedziałam, gdy...) Ktoś trzeci krzyknął: - Mój syn gra na gitarze, a córka śpiewa. Czy pani śpiewa? Ktoś inny wszedł mu w słowo: - Czemu się tak często przeprowadzacie? (Ze względu na hałas z zewnątrz oraz zmienną strategię działania. Ale to co odpowiedziałam brzmiało jak "tak jakoś" i zdawało się zadowolić słuchających.) - Gracie koncerty? Piękny macie z góry widok? Lubicie jeziora? Jak się nazywa ta polska rzeka z kajakami? Tu mieszkał malarz. Uwielbiam polskie słodycze! Chodzicie na fitness? (To jest aikido!...) - A pani co robi? (Opowiadam. Najchętniej, kiedy mam do dyspozycji słownik niemieckiego, ciekawe okoliczności i kontrast pod postacią najpoważniejszego człowieka świata.) - Schön, schön! - skomentowali sąsiedzi, nie czekając, czy coś odpowiem. Poczęstowana ciastem, wróciłam na klatkę schodową, minęłam starszego pana w dresie, który się nawet ucieszył. Niemieccy sąsiedzi są naprawdę bardzo mili. A także skrupulatni, wiedzący lepiej i życzliwi, często mają w domu ciasto. Nie pamiętam, o co chciałam zapytać sąsiadkę. Może o to, czy fajny mamy napis na domofonie, albo czy lubi polskie słodycze. W związku z konkursem na blog roku, napisaliście do mnie takie rzeczy, że się ledwo opamiętałam, by nie poskakać sąsiadom po suficie, albo nie odegrać fanfar. Utwierdziłam się w przekonaniu, że zaglądają tu osoby błyskotliwe, z dużym poczuciem humoru. Takiemu towarzystwu, aż chce się opowiadać elegancko podkoloryzowane historie. Dzięki Waszym kciukom ściskanym oraz piszącym sms-y, blog ten znalazł się w kolejnym etapie konkursu. Dziękuję! Krach machen, czyli hałasować 16/01/2012
Kiedyś wysiadłam z pustego pociągu na dworcu Warszawa Wschodnia i poczułam się jak po drugiej stronie lustra. W tym miejscu pociąg zawsze jest już przyjemnie wyludniony i można wreszcie rozprostować skrzydła, lecz zbił mnie z tropu ogólny stan nieważkości, w jakim znajdował się dworzec. Przejście podziemne ziało czeluściami. Co parę metrów bieliły się niepokojące kartki ze strzałkami, wyrazami "do wyjścia" i taśmą klejącą - nie mogłam im zaufać. Dzięki temu udało mi się opuścić teren dworca w miejscu, którego nigdy jeszcze nie widziałam. Pomiędzy przystankami środków transportu miejskiego oraz kartkami ze zmianami w rozkładzie jazdy. Przez chwilę usiłowałam to pojąć: autobus A jeździ teraz trasą tramwaju B, a tramwaj B jeździ jak kiedyś A, tylko inaczej. Hm. Mimo to, drogę na Pragę Północ przebyłam bardzo sprawnie, bo zaraz po uwolnieniu się z labiryntu kartek i pomylonych pojazdów, wpadłam w bardzo wygodną koleinę, biegnącą środkiem ulicy Targowej. Wiem, wiem co to - oglądałam się często przez ramię, by sprawdzić, czy w kark nie dyszy mi druga linia metra. W rodzinnym domu przeszłam od razu do tradycyjnych czynności. Uścisnęłam dłoń Babci pierwszej, osiodłałam Fiestę i udałam się do Babci drugiej. W drodze przez socrealistyczne podwórka, obowiązkowo pomachałam pod oknem świętej pamięci Babci trzeciej, ponieważ nie mogę zapamiętać, że odeszła. Jestem osobliwym czerwonym kapturkiem. Ominęłam pijących, klnących i palących przy trzepaku, grzecznych młodzieńców. Kilkakrotnie takich, choć innych, omijałam - akurat była pora długiej przerwy. Obok przedszkola zwolniłam kroku (Fiesta buszowała tam w krzakach, prosiła by poczekać) i podglądałam, jak zbudowane są te piszczałki, które małe dzieci mają w stopach. Ich wentylki muszą znajdować się w gardłach, bo widać jak przy każdym kroku wydobywa się z nich dźwięk. Przeleciał samolot. Przypomniało mi się, jak w takiej chwili reagowałam będąc przedszkolakiem (połap kury! do schronu!). Nic, a nic się nie zmieniło. Tak jak za moich czasów, dzieci podskoczyły na swoich piszczałkach i zawołały „panie pilocie dziura w samolocie”. Następnie zastygły oczekująco z rozdziawionymi buziami. No naprawdę, świetny flashmob, o sensowniejszym nie słyszałam. Jedna dziewczynka z lalką, która bawiła się sama, zaraz przy ogrodzeniu, po drugiej stronie którego stałam ja ze zmarszczonym czołem, zachowała niezwykły spokój. “To jest indywidualistka, nie pędzi za tłumem!” pochwaliłam ją w duchu. A dziewczynka podniosła na mnie wzrok, swój oraz piastowanej w objęciach lalki i zadowolona zawołała „panie pilocie dziura w samolocie”, aż mi dech zaparło i iskierka zgasła. „Dziewczynko!” zaklęłam. Biegiem oddaliłam się od tej wylęgarni reakcji masowej. To przecież może być bardzo niebezpieczne. Zdenerwowana Fiesta znalazła mnie zatroskaną pod domem Babci drugiej. Kompozytor wybiera się właśnie w celach kompozytorskich w piękne przyrodniczo, cywilizowane miejsce, które w lecie jest tak przepełnione, że stali mieszkańcy, z powodu harmidru, spędzają te dwa miesiące w roku gdzie indziej. Ja w takim razie, zrobię też coś brzmiącego - wybiorę się do Warszawy, aby sprawdzić jak postępuje przebudowa wszystkiego, rewitalizacja, jak się ma fuzja kultury z biznesem oraz poziom hałasu. rasch, czyli prędki 11/01/2012
W porze śniadania, z cichym ziu!, pojawił się koło mnie Kompozytor. - Ładnie wyglądasz, jak to zrobiłaś? Celem udzielenia odpowiedzi, wzięłam uroczysty wdech... - Nadmuchałaś się? - odgadł szybko Kompozytor. A znikając (!uiz) dodał: - Podrzucę ci martwą mysz, żywej nie dogonisz. da wäre noch etwas, czyli jest sprawa! 08/01/2012
Trwa konkurs, który daje świetną okazję, aby wyrazić temu blogowi sympatię i ogólne zadowolenie. Od najbliższego czwartku 12 stycznia, od godz. 15:00 - do czwartku 19 stycznia, do godz. 12:00, czytelnicy za pośrednictwem SMS mogą nominować blogi do kolejnego etapu konkursu, w którym jury oceni te z największą ilość głosów. MEMODY przydzielono numer startowy G00360 Przeliteruję: G - jak głosuj, zero, zero, trzysta sześćdziesiąt - jak pełen obrót. Drodzy Czytelnicy! Wyślijcie proszę ciepły SMS o suchej treści G00360 pod numer 7122. Cena SMS to 1,23 zł brutto, z przeznaczeniem na cel charytatywny. Z jednego numeru telefonu można raz głosować. Super, ale i tak, bezwstydnie namawiam Was do wysłania SMS jeszcze z komórki ukochanego, dziecka, koleżanki dziecka, przyjaciół, sąsiadów i ich koleżanek oraz dziadków („Gie jak co?! 360° Celsjusza!?”). Jeśli nie uda się po dobroci, to użyjcie podstępu. Uprzejmie nalegam. Regulamin konkursu zabrania mi proponowania Wam korzyści za oddanie głosu. Wylewnie dziękując, obiecuję barrrdzo się cieszyć! Na tę okazję mam nawet takie zachęcająco-ucieszone zdjęcie, które zrobiłam sobie przy użyciu samowyzwalacza. No to już wiecie, co robić. Zsynchronizujmy zegarki... Sierpień, półksiężycowa, chłodna noc. Wędrujemy sielską, szwedzką okolicą. Że taka właśnie jest, zauważyliśmy idąc tą drogą za dnia. Tylko połacie pól poprzedzielane lasem, pojedyncze gospodarstwa leżą w głębi i wyglądają na zadowolone. Czasem ich wcale nie widać, jedynie skrzynki pocztowe zdradzają obecność domostwa, gdzieś w dalszym pobliżu. Każda skrzynka jest na patyku, albo na drzewie, lub na kawałku płotu, stoją w rządku przy drodze. Ale nie stoją idealnie równo, na pewno nie pochodzą z jednego sklepu, ba!, niektóre nawet nie są błyszczące, ani nowe! To dla mnie wiele znaczy, jestem tym faktem zachwycona i od razu wyrabiam sobie o Szwedach dobrą opinię. (Marzę o stojącej samotnie przy drodze, skrzynce pocztowej, od której do mojego domu byłby jeszcze spory kawałek, bo to hen, nad jeziorem. Dodam może, że gospodarstwo nad samą wodą, jest nierozerwalnie związane z oddaloną od niego skrzynką. Po takim wyznaniu, jak wyżej, ktoś mógłby mi prędko podarować stojącą daleko skrzynkę...) Skrzynki pocztowe znajdują się po prawej stronie ulicy, a listonosz obsługuje je długą ręką, wychylając się z prawidłowo jadącego samochodu, ale o brytyjskim wystroju wnętrza, czyli ze sterem po prawej. Wróćmy do okrytej mrokiem sielskiej okolicy. Aktualnie niczego specjalnie nie widać. Coś jednak zwraca moją uwagę, gdyż odznacza się dziwnie nieruchomą konsystencją. Rzeczywiście, pewien ciekawy kształt majaczy w odległości kilku metrów na łące... Przyglądam się dwóm ciemnobrązowym sylwetkom, jedna z nich jest większa od drugiej, a także sporo ode mnie. Ich głowy zwrócone są w moją stronę, w nocnej poświacie błyskają małe oczy, widać też sterczące uszy i spore górne wargi. Mam kłopot z pozbieraniem myśli. Koncentruję się i... - Niedźwiedzie! – dochodzę do wniosku i jednym susem próbuję schować się za idącym przed siebie Kompozytorem. W tym momencie ze zboża przy drodze, z głośnym szelestem, wyskakuje prosto na niego, średniej wielkości borsuk. Kompozytor krótko wypada z rytmu (na wszelki wypadek, ja zataczam łuk w innym kierunku). Zwierzę hamuje w powietrzu, zawraca wymachując łapami i pryska z pola widzenia. W gęstym mroku, prawie nie słychać jak szepczę WIDZIAŁEŚ!? oddalając się drobnymi kroczkami. Stojące do tej pory na baczność dwie ciemnobrązowe sylwetki przybrały swobodną postawę. - Czy to były niedźwiedzie, mamo? – zapytał mniejszy łoś - Nie, synku, borsuki – odpowiedział łoś większy W zbożu wysoki, podenerwowany głos relacjonował: - … a wtedy jakaś małpa wyskoczyła mi prosto pod nogi, no o mało nie zadeptałem!... zelten, czyli biwakować 05/01/2012
die Schlaflosigkeit, czyli bezsenność 01/01/2012
Przywitałam pierwszy poranek tego roku nieśmiałym spojrzeniem przez okno. Strzały ustały. Pełna optymizmu, wychynęłam na zewnątrz, a wtedy odechciało mi się dalszego badania sytuacji. Sądząc po strzępach i skrawkach na dole - postacie ciskające fajerwerkami od kilku dni, wreszcie same wybuchły. W powietrzu wisiał aromat siarki. Przypomniało mi to nasz brawurowy przejazd przez fragment Norwegii w sierpniu. Nietypowy, bo od drugiej strony niż fiordy i atrakcje turystyczne. Wjechaliśmy do niej, mniej więcej, w połowie Szwecji. Nastawał świt, kiedy spotkaliśmy podejrzaną owieczkę, leżącą na środku krętej, asfaltowej drogi. Znajdowaliśmy się na zboczu jednego ze wzniesień. Zaaferowana szukałam groty gadziny, której ktoś właśnie wyciął ten stary numer z owcą. Jaskini nie było, ludzkie domy tkwiły w stoku ponad nami, a także poniżej drogi. Nie zauważyłam w nich żadnego ruchu. Trudno, owca i tak okazała się niczym nie wypchana, jedynie bardzo zaspana. Miała podkrążone oczy i zdrętwiałe nogi, gdy sobie poszła, dzwoniąc z wyrzutem. Chwilę potem przekonaliśmy się, że nie jest to teren dla nas, oraz, że na asfalcie, który wydawał się jedynym poziomym i ciepłym fragmentem krajobrazu, śpi całe stado owiec. Była to -nasta godzina naszej podróży wyładowanym samochodem z rowerami na dachu. Takie pomysły jak w Szwecji - rozbicie namiotu nad jeziorem i rozpalenie ogniska - w tej części Norwegii nie wydawały się realne. Przyroda bardziej surowa, skalista, zbyt gęsta lub zbyt mokra. Druga rzecz, to wszędobylska tabliczka informująca, że teren jest prywatny. Denerwujące w tej piekielnej tabliczce było to, że stała u celu, a nie dziesięć kilometrów przed nim, czyli na początku prowadzącej do niego, kiepskiej jakości drogi. Po kilku takich historiach myślałam, że Kompozytor w charakterze smoka, połknie tę owcę. Zaciekawiło mnie słynne Trondheim, ponieważ wieczór był to zwykły, przed nocą dzielącą jeden dzień powszedni od następnego - a na ulicach tłum. Pijana, ogromna liczba osób, o tanecznym kroku, kłopotach ze słuchem (większość się darła) i butelkach. Tej nocy zauważyłam też, że w wielu domach, w kolejnych mijanych miejscowościach, pali się światło. Chyba jest to taki styl. Fascynujące, biorąc pod uwagę skrupulatność z jaką sortowane są tam odpady. Coraz niemrawiej szukaliśmy miejsca na biwak. Zignorowaliśmy campingi bezpośrednio przy ulicy. A także wolne, grząskie miejsce nad samym morzem, które ukazało się zachęcająco podczas odpływu. Innych możliwości nie było - teren znienacka prywatny, albo będący wyzwaniem trekkingowym. Gdy nad ranem znaleźliśmy się w tych górach, zdecydowałam położyć się spać na asfalcie, a potem zobaczyć, co będzie. Jednak smok doznał przypływu mocy (na myśli o siarce). Ominął slalomem tabliczki, zwierzęta i wróciliśmy na teren Szwecji, gdzie padliśmy spokojnie na coś miękkiego, nad rzeką. A norweski fiord nie zając, nie uciecze. Jeśli widok nie jest akurat pejzażem-krajobrazem, na który zdecydowanie powiemy die Landschaft, możemy użyć mnóstwa słów, a każde z innym rodzajnikiem. Der, die, das już tak mnie zmęczyły, a jednocześnie, tak bardzo nie da się ich zignorować, że aż je serdecznie polubiłam. sierpniowe szwedzkie, czyli landszafty 29/12/2011
| KONKURSDzięki za głosy! KONTAKTARCHIWUM
January 2012 |






















RSS Feed